wtorek, 13 stycznia 2009
nie-doopisan(i)e
Niestety, aby móc napisać coś co podeślę skruszona promotorce, zmuszona jestem skorzystać z "gotowców" czyli zainspirować się pracami innych, dostępnymi w internecie. I tu jest etnolog pogrzebany. Problemem nie jest nawet kiepska dostępność źródeł, ale ujęcie problemu.
Większość prac na jakie trafiam jest z mojego punktu widzenia mało rzetelna. Owe pobieżne potraktowanie tematu mierzi mnie niezmiernie. Zastanawiam się zatem co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Czy to, że opracowania są głównie przygotowane przez socjologów? A może to, iż owe prace zostały stworzone przez osoby tzw. gabinetowców? Nie mogę wyjść z podziwu jak wiele rzeczy jest w tych pracach przemilczanych i niezauważonych, tak jakby wszyscy zgodnie postanowili powtarzać te same formułki przestawiając jedynie szyk zdania. Jako członek fandomu czytając te (nad?)interpretacje zjawiska istnienia i powstawania społeczności internetowej, co chwila coś w mojej głowie krzyczy: To nie tak! Przecież tu powinno się uwzględnić jeszcze inne czynniki! etc.
Oczywiście kontrargument brzmi: To napisz tak jak być powinno.
I tu zaczynają sie schody lub wchody jakby zauważył przewrotnie mój profesor od filozofii lubujący się w zabawach słownych poza zajęciami z prof. Miodkiem.
Pytanie brzmi czy da się opisać zjawisko fandomu rzetelnie i skrupulatnie?
Czy są takie narzędzia badawcze?
Czy rzeczywiście mam rację, a może jako osoba zaangażowana emocjonalnie sama nadinterpretuję rzeczywistość?
I w końcu: czy mi sie chce i czemu to ma służyć ?
Przytłoczona tyloma pytaniami natury egzystencjalnej, formalnej i innej ...alnej zmuszona jestem stworzyć jednak na razie coś co będzie wyglądało na naukowe, ale nie do końca zgodne z moim światopoglądem. Oczywiście przy równoczesnym postanowieniu naprostowania tego przy kolejnym terminie "zero".
Nauka zmusza do poświęceń.
niedziela, 27 kwietnia 2008
krąg
środa, 16 kwietnia 2008
EMO - bunt do kupienia
Idea buntu zrodziła się dawno temu, ale chyba jeszcze nigdy bunt nie był na sprzedaż. Walka z konwencją, ze skostniałymi zasadami, konserwatywnym światopoglądem istnieje chyba od zawsze. W różnych czasach różnie był wyrażany sprzeciw wobec świata, czasem powstawały całe subkultury opierające sie na buncie przeciw systemowi, zasadom, rzeczywistości. W latach 70-tych czy 80-tych przybierał radykalne formy wspierany także wizerunkiem buntowników, ich zachowaniem, sposobem bycia, ubierania się, myślenia. Potem zrobiło się ciszej, zbuntowana młodzież na stałe wpisała się w pejzaż szkół, ale rzadko ich ruchy wiązały się z jakimś konkretnym ruchem czy ideologią, a było swoistym przerostem formy nad treścią. Strój bardziej niż poglądy stały się ich wizytówką, pojawiła się utopizacja dawnych czasów kiedy to żyły prawdziwe punki. Okres stagnacji nie trwał jednak długo, bo oto kreatorzy mody i spece od kształtowania wizerunku postanowili uratować wyjałowiony świat rzucając do sklepów pełna gamę asortymentu, który powinien mieć zbuntowany nastolatek. I tak postało nowe oblicze EMO.
Na pierwszy rzut oka, rzeczywiście neoEMO wyglądają niecodziennie, jakby na przekór światu, ale nasza ocena diametralnie zmieni sie gdy wejdziemy do sklepu i to takiego markowego gdzie para spodni kosztuje ponad 150 zł. Naszym oczom ukażą się półki zapełnione ubraniami, butami i innymi akcesoriami kreowanymi na buntowniczy styl pełen cięć, rozdarć, przetarć i wiele innych skaz, które mają imitować zużycie, bo co to za bunt w nowych ciuchach? Paradoksalnie, aby wyglądać jak prawdziwe, zbuntowane EMO, trzeba wydać kupę kasy nie tylko na odzież, ale i na fryzjera. Cała machina promocyjno-marketingowa lansuje nam model nastolatka w kolorze czarno-różowym, w spodniach rurkach i długich, mocno wycieniowanych włosach zaczesanych na jedno z oczu albo na oba. Obowiązkowe są obcisłe t-shirty z wizerunkami modnych zespołów lub markowe, paski nabijane ćwiekami, rękawiczki oraz tenisówki. EMO mają charakteryzować się melancholijnym usposobieniem wyrażanym w twórczości poetyckiej opisującej często rozdarcie emocjonalne związane z niespełnionymi miłościami i nieudanymi związkami (wspaniały temat dla doświadczonego życiem 14-latka!). Stereotypowy EMO to człowiek płaczący, nieszczęśliwy i okaleczający się. Krytycy uznali tę modę za żenującą, a ludzi utożsamiających się z tym nurtem, jako wyobrażających sobie, lub udających, że prowadzą ostre, pełne bólu życie, podczas gdy żyją w wygodnych domach. Ciekawym zjawiskiem jest analogiczny brak akceptacji EMO przez wiele innych grup społecznych w tym rówieśniczych, do odtrącenia i wyrzucenia poza nawias społeczności prawdziwych buntowników, którzy sami podkreślali swoją odrębność i wyjątkowość. Zatem de facto wykreowani buntownicy są marginalizowani, odrzucani, a nawet wyśmiewani przez innych co dodatkowo pomaga im jeszcze bardziej zespolić się z wizerunkiem nieszczęśliwego i wyobcowanego, nieśmiałego EMO uzbrojonego w plastikową imitację żyletki i otoczonego różowymi trupimi czaszkami. W trakcie konfrontacji: komercyjni EMO vs reszta świata, Ci drudzy, choć liczniejsi i normalni wydają sie bardziej podobni do dawnych buntowników ideologicznych, którzy walczyli z systemem i komercją, a EMO są grupą ślepo idącą za modą, wtłoczeni w wielką machinę promocyjno-marketingową międzynarodowych przedsiębiorstw, w polityce których jednostka jest tylko częścią bezwolnej masy wytresowanych konsumentów. Odwrócenie tych relacji wywraca nasz świat do góry nogami, ale nie mnie oceniać czy to dobrze czy źle. Zwłaszcza, iż powyższe wnioski są daleko idącym uproszczeniem, ponieważ w szerszym kontekście jedna grupa konsumentów przeciwstawia się drugiej, ale wcale nie czyni to ich lepszymi czy bardziej świadomymi, czy wreszcie świadomie zbuntowanymi wobec rzeczywistości. Idąc tym tokiem rozumowania można dojść do przekonania, iż prawdziwych buntowników już nie ma i wszyscy jesteśmy po prostu jednym z wielu odcieni szarości w palecie nijakich barw życia.
Zastanawiające jest skąd tak wielkie zapotrzebowanie na sztucznie wykreowane wizerunki, gdzie próbując być osobami jedynymi w swoim rodzaju i oryginalnymi, nosi się ubrania produkowane w tysiącach egzemplarzy. Antropologia kulturowa podkreśla fakt zerwania tradycyjnych struktur rodzinnych, atrofię związków klanowych i wreszcie globalizację niosącą homogenizację kultury jako przyczynę poszukiwania grup utożsamienia w społeczeństwie. Młodzi ludzie nie mając oparcia w rodzinie, która biegnie w wyścigu szczurów i próbuje robić karierę, zanik lub diametralne uproszczenie starych zwyczajów i obrzędów, które cementowały niegdyś społeczność sprawiają, iż szuka się ludzi, którzy będą wyznawać podobne poglądy i wartości, podzielać światopogląd i w rezultacie dadzą poczucie bezpieczeństwa jednostce wyobcowanej i wyalienowanej ze społeczeństwa. Jaka jest prawdziwa przyczyna zapotrzebowania na nowe grupy, kreowane na wzór plemiennych (tu dochodzimy do bardzo popularnego pojęcia jakim jest nowoplemię ) to jedna z wielu kwestii do rozstrzygnięcia, ale mnie osobiście zastanawia i niepokoi, jak to możliwe, iż bunt da się w dzisiejszych czasach zaprogramować, wykreować i dodatkowo na nim zarobić ! Myślę, iż należałoby się zastanowić, jakie reperkusje może przynieść umiejętność manipulowania ludźmi na światową skalę i zacząć się bać, gdy przyjdzie nam ochota na konsumpcję przysłowiowego chleba ze smalcem, bo nie wiadomo czy jest nasza rzeczywista potrzeba czy wykreowana.
Najsmaczniejsze są teorie spiskowe w porze obiadu.
Smacznego!
sobota, 29 marca 2008
nienasycenie
...Zawsze, bez względu na sytuację chce więcej, bardziej, mocniej. W jednej chwili wydaje się, iż nasyciła się dosyć, ale chwilę potem, gdy kłopoty milkną oswojone w zakamarkach małżowiny usznej, knuje plany kolejnych, większych, ambitniejszych osiągnięć w każdej możliwej dziedzinie. Tym samym wszystko co zostało do tej pory osiągnięte traci swój blask i nabiera gorzkiego posmaku porażki. Każdy sukces jest nim tylko przez chwilę, aby w następnej stać się niepełnym. Skąd się bierze ten swoisty rodzaj masochizmu? Było super, ale potem wydaje się, że mogło być bardziej super, jakby samo osiągnięcie celu już nie wystarczyło. Ale ta destrukcyjna refleksja przychodzi zawsze po fakcie, uciera nosa i dba aby nie napęczniała zbytnio. Trzyma w ryzach moją wybujałą ambicję. Równocześnie sprawia, że spełnienie nie jest nigdy kompletnym i żaden sukces nie jest wystarczającym. Zamiast mobilizować - deprymuje, w miejsce satysfakcji pozostaje gorycz niespełnienia. Co kieruję moją ambicją, co ją napędza? Lęk przed tym, iż nagle okaże się, że nie ma już po co sięgać, czy miałoby być to równoznaczne z kresem walki? Końcem potyczek o lepszy czas, miejsce, przedmioty, myśli, marzenia...o wszystko? A może tylko ona, ta przeklęta ambicja, pchając mnie ku niemożliwemu pozwala istnieć i trzyma przy życiu? Świadomość, że kolejny dzień przyniesie następne problemy do pokonania i sprawy do wygrania? W tej perspektywie święty spokój po śmierci wydaje się nabierać nowego znaczenia. Czy ta walka powinna zatem kiedykolwiek się zakończyć, skoro bez względu na wynik i tak kres będzie ten sam, a jedyną wygraną jest dalsze życie czyli waleczna egzystencja aż po czasu kres?
...
sobota, 22 marca 2008
Ł jak Woman

Kuszące jest bycie kobietą. Taką z definicji. Obejrzałam instruktażowe filmy, oczywiście polskie, żeby wpasować się w klimat. Refleksje? Historia Judyty każe zadać sobie jedno zasadnicze pytanie: czy kobiety naprawdę takie są....infantylne? W przeciwieństwie do większej części żeńskiej widowni nie do końca mogłam utożsamić się z bohaterką, a po zakończeniu seansu poczułam lekką nutkę fermentu...Skąd ten niesmak? Bo niby fajnie, silna kobieta, gołymi rękami buduje dom i bierze się za bary z losem, wprawdzie w cukierkowej konwencji, ale taki gatunek. Bohaterka wydaje się strasznie naiwna, czasem nieżyciowa. Niby jest to naturalne, jej wahania nastrojów, niezdecydowanie, zabieganie, emocjonalny stosunek do życia, jednak...to są jednak filmy nakręcone przez mężczyznę. Wydaje mi się, iż mamy obraz stereotypowej kobiety dzisiejszej rzeczywistości, która chciałaby, ale nie może jednak być szczęśliwa (bez mężczyzny?). Ciekawe co na to feministki? Ally McBeal też była nieszczęśliwą, bo samotną, kobietą sukcesu. Mówi się, iż młoda prawniczka stanowiła swego rodzaju ikonę czasów, uosobienie lęków i bolączki współczesnej kobiety. Pytanie czy te bohaterki są szczęśliwe, czy potrafią i czy my, kobiety, w ogóle potrafimy czuć się spełnione? A może tylko nam wmawiają, że wciąż mamy za czymś gnać, kształcić sie w różnych kierunkach i zawsze opanowywać je perfekcyjnie? Obraz przedstawicielek płci pięknej wyłaniający się z tych obrazów popkultury jest chyba jednak krzywdzący i daje nam do zrozumienia, iż nie ma w życiu żadnej alternatywy, a szczęśliwe kobiety to mit. Pesymizm przez duże P. Chyba jednak wolę mój własny wyidealizowany świat.
Strasznie trudno być kobietą w dzisiejszych czasach, chyba jeszcze przemyślę kim zostanę jak dorosnę ;]
wtorek, 18 marca 2008
Fakturalnie
Kroczyła.
Dumnie, nieśpiesznie.
Kroczyła.
Przez tłum i szum, gwar i skwar ulicy.
W myślach robiła listę rzeczy, które odłoży na potem. W świecie szybkich krępych ludzi nie było nigdy czasu na wytchnienie. A ona oddychała. Wkroczyła na deptak i pośpiesznie minęła metalowe wehikuły drzemiące przy krawężniku.
- To co zwykle- Rzuciła od progu nośnikiem danych.
Niespiesznie zaklikał, a po chwili maszyneria wypluła 12 płaskich kawałków sprasowanej celulozy ostrej na krawędziach w złudnej, niewinnej bieli. Rzuciła przez ramię, oczywiście prawe, drobne i pozdrożegnanie.
- Reszty nie trzeba.
........
poniedziałek, 17 marca 2008
Jednak Kobieta
Niech będzie.Wbrew temu co mówiłam, przyznaję się, jestem kobietą. Jakaś wewnętrzna część mojej osobowości pragnie zachowywać się jak stereotypowa kobieta. (Paradoksalnie ten sam ośrodek w mózgu pożąda krótko przystrzyżonych włosów...nigdy nie zrozumiem pokrętnej logiki mojej osobowości, to chyba rodzaj rekompensaty, albo rodzaj wewnętrznego sprzeciwu przed zaszufladkowaniem...ech kobiecy umysł bywa nieodgadniony). Jakaś bliżej niezdefiniowana "Ja" marzy o gotowaniu, sukni ślubnej, ploteczkach i wypadach z przyjaciółkami, wizytami u fryzjera, a może nawet......kosmetyczki. W sumie to nie wiem, czy to wiosna, hormony, bolący ząb czy jakiś głos zza światów pcha mnie od tego aby być kobietą. Chyba zmęczyłam sie tym ciągłym buntem, poszukiwaniem sensu życia i pracowaniem nad swoją wyjątkowością. Cały sekret polega na tym, aby wiedzieć kiedy odejść i to jest właśnie czas odejścia dziewczyny o niekonwencjonalnym sposobie bycia, gdyż brak konwencji stał się chyba nagle konwencją, co nigdy nie wróży nic dobrego.
Prawda, zastrzegałam się, że na blogu nie będzie o mnie, ale każdy etnolog wie, iż nawet jeśli autor nie pisze bezpośrednio o sobie to i tak bezwstydnie obnaża się w świetle dziennym, ukazuje swoje mroczne zakamarki uprzedzeń, prezentuje galerię nieuzasadnionych, żeby nie powiedzieć głupich i infantylnych, osądów. Ech, ciekawe czy przez to etnolog sam nie wpada w pułapkę swojej wiedzy. Złudny obiektywizm, powszechna tolerancja i niewinna neutralność to nic innego jak maski relatywizmu, niezdecydowania, tchórzostwa czy braku odwagi by sprawić, żeby świat był lepszy. Oczywiście, że lepszy dla nas, każdy z nas jest demiurgiem, bo każdy z nas żyje w świecie takim jaki sobie skonstruuje, a jeśli zamiast dalekosiężnych planów pojawia się akceptacja i pogodzenie z otaczającym nurtem, to świadczy tylko o lenistwie lub braku kreatywności. Pierwsze to grzech śmiertelny, drugie ułomność, mają jednak cechę wspólną, na oba można wpłynąć.
Nie można czekać w nieskończoność na zmianę, gdyż wszelkie przemiany biorą swój początek w nas. Ciągłe przekładanie różnych rzeczy, zwłaszcza przyjemnych, bo te złe można zrozumieć, to tylko wypuszczanie szczęścia z rąk. Marzenia odłożone to marzenia niespełnione, mówi pewna maksyma. Jasne, można przesuwać kulminacyjne momenty by się nimi delektować i lepiej się w nich rozsmakować w odpowiednich okolicznościach, większość odstawionych marzeń jest jednak ze strachu, bo nie daj boże mogłyby się spełnić i co wtedy? Wszystko uległoby zmianie, a to ona tak naprawdę nas przeraża. Najstraszniejszą rzeczą, jest nie tyle odkładanie, co fakt, iż owe wyczekiwane "potem" może nigdy nie nadejść.
Jutro zaczyna się dziś.
niedziela, 9 marca 2008
Rzecz o Próżności
Doprawdy zastanawiające, iż próżność nie została wciągnięta na listę grzechów głównych. Oglądam sobie oferty sprzedaży sukien ślubnych i nie mogę się nadziwić, jaki to mechanizm sprawia, iż panny młode są gotowe zapłacić za suknie ślubną 3 tysiące złotych, a nawet 6 i więcej... I gdyby te suknie ślubne były chociaż ładne, ale nie, co jedna to paskudniejsza, a połowa albo sprowadzana z zagranicy lub szyta według własnego projektu. Jeszcze ciekawszą rzeczą jest to, iż kreacja na fotografii to jedno, a jej odpowiednik w realu to zupełnie inna sprawa. Makabra. Większość tych sukien to koszmarki za kupę kasy..tylko po co? Po co sukienka za kilka tysięcy na jedną noc?
Ech..sama jestem próżna, lubię brać udział w paradzie ulicznych straszydeł, ale silę się na oryginalność zawsze, a poza tym świadomość homogeniczności ulicy, każe mi ograniczać finanse w kwestiach garderoby, bo po co mi sweter na jeden sezon za 200 zł jak mogę go wykopać w second handzie za grosze i dokupić doń kilkanaście innych ciuchów, równie nieprzydatnych jak sam sweter:). W tym przypadku siłą jest różnorodność, a minusem brak miejsca w szafie.
Na własny ślub uszyję sobie własną sukienkę i jeśli na studniówkę wydałam 50 zł na materiały na kreację, to do ślubu nie zamierzam kupić asortymentu droższego niż 200-300 zł (w to wliczam także dodatki).
sobota, 26 stycznia 2008
...w leśnej ciszy wyskości
...to parafraza epitafium z pewnego nagrobka.
Czuję się bezsilna do bólu, niemoc mnie paraliżuje. Tak strasznie chciałabym pomóc w jakiś sposób mojej kotce, a nie umiem. Nie przeraża mnie nieuchronność końca, ale to, że nie umiem ulżyć jej w cierpieniu. Mdli mnie z bezsilności. Pieką kanaliki łzowe od zasolenia i nadmiernej aktywności i ściska serducho. Ludzki odruch każe mi objąć Kiteczkę, ale jej kocia natura tego nie chce, ona woli odejść w kąt i cierpieć w samotności. Mogłabym się uprzeć i przytroczyć ja do siebie, ale to ona jest teraz najważniejsza, jej komfort. Nie umiem funkcjonować wiedząc, że moje najukochańsze futerko zmaga sie z bólem. Tak wiele mi jeszcze trzeba, by stać się twardzielką. by z dumnie podniesioną głową brnąć pod prąd, a może nigdy nie będę dość silna. Poczucie bezradności mnie obezwładnia i krępuje ręce. I ten brak ukojenia. Nieznośnie uczucie bezsilności.
Edit:
9.03.2008
Kotka ma się świetnie..to chyba te słynne kocie 9 żyć :)
Amen
czwartek, 24 stycznia 2008
matryca blond 002
Był to niezbyt mroźny, jak na styczeń, dzień. Sobota. Z racji zbliżającego się okresu zaliczeń zmuszona byłam wyruszyć w coroczną podróż do Biblioteki Uniwersyteckiej. Nie ukrywam, iż chodzić do niej lubię ze względu na przepiękną architekturę. Czasem łapię się na tym, że zamiast czytać książkę wgapiam się w żebrowe sklepienie sufitu. Poezja dla oczu jeśli mogę to tak ująć. W tę konkretną sobotę wyruszyłam na kolejną literacką przygodę, która miała zostać nagrodzona rozkoszą estetyczną Nim tak się stało wydarzyło się coś innego, choć także z dziedziny wizualnej. Najpierw jednak zaatakowane zostały inne moje zmysły, które w szybkim tempie kakofonii doznań stały się tak nieznośne, iż postanowiłam je odłączyć, co wprowadziło mnie w stan totalnego odrętwienia. Choć możliwe, że nie to mnie wbiło w siedzenie.
Wsiadłam sobie do tramwaju i usiadłam. Uśmiechnięta do własnych wyuzdanych myśli i wzniosłych edukacyjnych planów jechałam sobie z uśmiechem przyklejonym na usta gdy usłyszałam platynowy sopran szeleszczący między zębami tuż nad moja głową. Co gorsza towarzyszył mu drugi sopran o podobnie ujemnym ilorazie inteligencji. Platynowe soprany dźwięczały nieznośnie obok zdając sobie relacje z niedawnej imprezy. Wśród wielu szeleszczących słów i okazy okazały się na tyle wybitne, że nie potrafiły bez wzajemnej pomocy wpaść na tak banalny pomysł jakim jest sprawdzenie na komórce w folderze wiadomości wysłanych czy jakiś tragiczny w skutkach sms został wysłany czy jednak świat został uratowany. Podniosłam nieznacznie głowę znad książki i zlokalizowałam nieopodal dwa wolno stojące platynowe blondy z serii 002 i pomyślałam, że warto by mieć pozwolenie na broń albo chociaż prawo jazdy. Poranek był jednak rozkosznie, a wręcz podejrzanie piękny, zatem postanowiłam darować sopranom życie pocieszając się, iż selekcja naturalna zrobi być może swoje. Pozytywnie nastrojona wróciłam do lektury, ale nie dane mi było się nią nacieszyć albowiem nagle drzwi otworzyły się i wsiadły kolejne agentki 002. Przez moment zastanawiałam się co one robią w sobotę rano w tramwaju, ale zaraz sobie uzmysłowiłam, że przecież jadę trasą do Galerii Próżności. Niestety, owe platynowe soprany miały ze sobą odtwarzacz mp3 i postanowiły wspaniałomyślnie uraczyć współpasażerów muzyką składającą się z trzech bitów o lekko psychodelicznym zabarwieniu. Walcząc ze sobą podniosłam wzrok i niestety nie myliłam się. Oto nieopodal mnie stały trzy klony z matrycy 002. Miały lat naście, markowe ciuszki, wszystkie jak jeden mąż spodnie rurki i kurteczki puchowe sięgające ledwo bioder. Niestety, żadna nie była stworzona do takich ubrań. I wszystkie trzy wywoływały uczucie niesmaku. Nici z ambrozji estetycznej czytelni. Mimo chodem odbierałam niewyraźne dźwięki ich rozmowy. A raczej wymiany prostych zdań na tematy bardziej infantylne niż to możliwe. Choć starałam się nie słuchać one mówiły i mówiły i mówiły i przez jakiś czas nawet chciałam je wypchnąć z tramwaju i modliłam się żeby wypadły, ale one dalej gadały wypełniając swoją próżnością i głupotą cały wagon, aż zrobiło się ciasno i duszno i wszystkie miały platynowe soprany i były tak przeraźliwie do siebie podobne. Chciałam krzyknąć, ratować innych pasażerów, ale słowa 002 przesączały się mimo wszystko do mych uszu i nic nie umiałam na to poradzić. Dostałam dawkę uderzeniowa głupoty, na szczęście w ostatniej chili dopadłam do drzwi i wysiadłam. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę upragnionej biblioteki, ale z niewidomych przyczyn, dopóki tramwaj nie ruszył starałam się żeby nie było widać dokąd się kieruję. Gdy zdałam sobie sprawę z mojego postępowania zrobiło mi się jeszcze bardziej wstyd, że czuję nieuzasadniony wstyd z powodu tego, że w nie-markowych ciuchach idę do.. fuj..biblioteki. W końcu wzięłam się w garść i ruszyłam niespiesznie na spotkanie z kolejnym przeżyciem intelektualnym, które mogłoby być wspaniałe, ale matryce 002 są nawet w bibliotece, wprawdzie krótko, a mianowicie od czasu gdy zorientują się, że xero nie działa, ale jednak.
Nawet nie wiem co mnie przeraża bardziej. Czy fakt, że wraz z utlenieniem włosów przychodzi utlenienie mózgu, czy to, że ludzie tracą tlen na tak infantylne rozmowy, że powinny być karane grzywną czy wreszcie to, że one wszystkie są tak straszliwie do siebie podobne i choć starają się być "wyjątkowe" i nosić "oryginalne"ubrania to jednak wszystkie wyglądają tak samo!!! Mają włosy jasne blond, długości od ramion do połowy pleców, włosy cienkie proste, czasem z baleyage'm, budowę ciała uniwersalną(ani damską ani męską), długie paznokcie we wzorki skutecznie uniemożliwiające zbieranie drobnych z podłogi i zawsze ubrane tak jak wszystkie inne. Zastanawiające jest to skąd one sie biorą i co ze sobą robią jak zakończą sopranić. Może odwieszają się na półkę? A może mają coś w rodzaju osobowości zbiorczej? To by wiele wyjaśniało...gdyby okazały się częścią jakiejś większej plantacji. Niemniej jednak, kimkolwiek są, matryce blond 002 są wśród nas i jest to niepokojąco żenujące...
Ps. Tak, jestem włosistką!!!
sobota, 29 grudnia 2007
Melanż
Taki o problem na dziś. Tak wiele przypraw na świecie, a Przyprawa pachnie właśnie cynamonem. ale o tym potem
piątek, 28 grudnia 2007
Rzecz o tarciu
Proste równanie rządzi niepodzielnie światem:
OSOBNIK + OSOBNIK = TARCIE
Tarcie różnego rodzaju, czasem z wykorzystaniem papieru ściernego, elementów ostrych jak i innych akcesoriów. Występuje w przyrodzie także specyficzny jego rodzaj, który powoduje iskrzenie. Fenomenem tej odmiany tarcia jest to, iż najpierw występuje iskra, a potem tarcie, a następnie samozapłon. Idealny scenariusz rodem z hollywoodzkich produkcji zawiera w sobie dwójkę osobników, która bez pamięci zaczyna ocierać się o siebie, ssać wargi, zrywać ubrania, a samo tarcie jest momentem kulminacyjnym, który sprawia, iż świat wiruje i gwiazdy w ciągu jednej sekundy umierają i rodzą się na nowo. Takie galaktyczne katharsis. Można by sądzić, iż to właśnie owe roziskrzone tarcie jest siłą sprawczą wszechświata, napędzając go i wprawiając w ruch wirowy. Prozaiczna wersja tarcia jednak nie zawiera często w sobie płomienia i jest mechaniczna , zimna jak stal, zautomatyzowana. Ludzie by przystąpić do niej bez słowa zrzucają ubrania wiedząc, iż zostaną nagrodzeni krótkim momentem rozładowania napięcia, a potem bez słowa i cienia smutku będą mogli się ubrać i wrócić do prozaicznych zajęć codziennych.
Przerażające.
Płomienie Mahasiddhy
Refleksja po seansie
Film dokumentalny lub jak chcą twórcy pilot do filmu, który ma powstać w przyszłym roku(2008).Trwa 27 minut. Jest wynikiem wciąż powstającego projektu, którego celem jest głębokie poznanie kultury mieszkańców zachodniego pasma Himalajów indyjskich.
Dokument pokazuje kulturę himalajskich szamanów i wędrownych aktorów religijnych, zwanych "Lamami Buchen", którzy mieszkają w trudno dostępnej Dolinie Pin w indyjskich Himalajach. Mieszkańcy doliny wierzą, iż szamani Ci mają moc ujarzmiania demonów. Dokonują tego w trackie tzw. "Ceremonii Rozbicia Głazu". Historia jest opowiedziana z punktu widzenia Padme Dorje (mężczyzna jakby ktoś miał wątpliwości)-asystenta Buchen, który na co dzień jest listonoszem. Historia Lamów przeplata się w filmie z codziennym życiem tamtejszych chłopów.
Wspaniała muzyka, piękne widoki, egzotyka przez duże E i co ciekawe... film zaczyna się napisami po angielsku, które rozpoczynają słowa: A long time ago....
Jeśli będziecie mieli okazję polecam serdecznie !
Jedynym mankamentem pokazu, który odbył się w kinie Warszawa we Wrocławiu, było to, iż wykład wprowadzający mógł być dla laika niezbyt zrozumiały /cała masa zwrotów obco i śmiesznie brzmiących czy skrótów myślowych/. Wprawdzie ja chodziłam na fakultet z buddyzmu i Tybet,Himalaje oraz tamte regiony w ogóle są mi bardzo bliskie i nie miałam większych problemów, ale towarzyszący mi politolog przyznał się, iż momentami nie miał zielonego pojęcia o czym prelegent mówi, na szczęście w tym czasie wyświetlano piękne fotografie co umiliło czas laikom, którzy i tak wyszli po seansie zachwyceni tym co zobaczyli.
Strona projektu http://www.eidosfilm.com/
